Darek Załuski: K2 to była wyprawa mojego życia – byłem we właściwym miejscu i momencie

darek-k2Coraz częściej filmowanie fascynuje mnie bardziej niż wejście na szczyt” – mówi Darek Załuski, którego „Two on K2”, film ze zwycięskiej wyprawy z Gerlinde Kaltenbrunner (2011), zdobył główną nagrodę na tegorocznym Festiwalu Filmów Górskich „Vertikal” w Moskwie. Nie jest to zresztą pierwsza i na pewno nie ostatnia nagroda w przypadku tego wspinacza-operatora. Ale Darek Załuski nie lubi się chwalić, więc rozmowa schodzi na inne tematy: bohaterów jego filmów i K2…

Niedawno wróciłeś z Dhaulagiri, czy udało się tam coś nakręcić?

No właśnie nie, kręciłem, ale bez planu. Za to eksperymentowałem z nowym sprzętem. Nie jestem zadowolony z wyprawy na Dhaulagiri, nie osiągnąłem szczególnie dużej wysokości. Byłem tylko na 7200 m. Czasami czuję temat i wtedy kamera sama mi się włącza i kręcę. Tym razem przywiozłem mniej materiałów i filmowo nie jestem zadowolony, zresztą w ogóle nie jestem.

Portret gorski-dz

A byłeś bardziej jako wspinacz czy filmowiec?

Jechałem jako wspinacz, filmowałem dla przyjemności. Ale coraz częściej trudno mówić o wyprawach w kategoriach przyjemności. Coraz więcej wypraw, na których byłem kończy się tragicznie i wracam z niepewnością, czy mają one sens. Po Dhaulagiri wróciłem wypalony i potrzebuję trochę czasu.

Ostatnim Twoim filmem, jaki widziałam był dokument z wyprawy na Mount Everest, na której towarzyszyłeś z kamerą synowi Jerzego Kukuczki, Wojtkowi. Jak się poznaliście i jakie zrobił na Tobie wrażenie?

Wojtka poznałem wcześniej, też przy okazji wyjazdu do Nepalu. Był to wyjazd związany z 20. rocznicą śmierci jego ojca. Wraz z najbliższymi wybrał się, żeby odwiedzić czorten poświęcony m.in. Jerzemu Kukuczce. Spotkaliśmy się w czasie tej wyprawy i poszliśmy razem do bazy pod południową ścianą Lhotse. Wtedy Wojtek aklimatyzował się najgorzej ze wszystkich, a była tam też jego mama i ciocia, czyli osoby sporo starsze. Nawet został trochę w dole. Ale potem pobył w górach trochę dłużej i po jakimś czasie się do wysokości przystosował.

Kogoś to przypomina.

Jest to jakaś ciekawostka, że Jerzy Kukuczka, nasz wspaniały himalaista, miał taką samą przypadłość i też walczył na początku z wysokością. Na początku wydawało się, że w ogóle nie nadaje się w góry wysokie. Najgorzej było na McKinleyu na Alasce, górze w sumie niezbyt wysokiej, a dostał na niej strasznie gorzką lekcję. Ale to go nie powstrzymało. Wojtka też nie. A on tam naprawdę cierpiał. Potem mieliśmy jeszcze jeden wspólny wyjazd podczas którego Wojtek wszedł na liczący niecałe 6200 m szczyt Island Peak, łatwy trekkingowy cel. Wojtek się wspina, ale raczej ściankowo-skałkowo. Na Island Peak debiutował w rakach i muszę przyznać, że strasznie kiepsko mu to szło. Nie chcę tego wątku rozwijać (śmiech)…, ale w sumie wszystko kończy się dobrze. W pewnym momencie Wojtek zaczął hamować całą grupę. Zdenerwowałem się wtedy i nawet wykrzyknąłem: „Kukuczka zapie…”. Wojtek sobie to zapamiętał, bo my tam raczej bardzo grzecznie się wszyscy do siebie odnosiliśmy. Ale wtedy sytuacja zrobiła się nerwowa i trzeba było go zmobilizować. Podziałało i od tego momentu już było tylko lepiej. Na szczycie czuł się już dosyć dobrze i już poczuł, że to może być dla niego. Być może to był ten moment, kiedy pomyślał, czemu nie spróbować wyżej, ale o to trzeba by już jego spytać.

A jak przebiegała sfilmowana przez Ciebie wyprawa?

Tym razem to ja miałam różne nie za fajne przygody. Dojechałem do reszty ekipy po dwóch tygodniach, kiedy mieli już za sobą trekking aklimatyzacyjny ponownie z wejściem na Island Peak. Gdy spotkaliśmy się w Katmandu, ja byłem po wyprawie zimowej na Gaszerbrum I, więc teoretycznie mogłem mieć w sobie jeszcze jakieś ślady aklimatyzacji. Po dwóch dniach byliśmy na 5100m, po kolejnych trzech na 6400m. I wtedy się rozchorowałem. Na filmie można to zobaczyć. Okazało się, że mam zapalenie płuc i początek choroby wysokościowej. Cały czas brałem antybiotyki, konieczne było prześwietlenie płuc. W tym czasie Wojtek i Zbyszek Waśkiewicz działali sami, dopiero potem do nich dołączyłem.

Czy łatwo jest filmować innych wspinaczy, zwłaszcza jeśli jak mówisz, każdy ma swoje lepsze i gorsze momenty?

Wojtek Kukuczka jest artystą i sam robi bardzo dobre zdjęcia. Nie jest też osobą, która lubi występować przed kamerą. Z niepokojem podejmowałem próby uchwycenia go. Jest sporo młodszym człowiekiem, zupełnie innej muzyki słuchamy. A jeśli o muzyce. Wojtek ma ciągle coś na uszach. W górach mnie to trochę wkurza. Ja chłonę góry w całości, włącznie z dźwiękami, które czasami są bardzo istotne np. gdy poleci lawina lub serak, a Wojtek ze swoimi słuchawkami na uszach mógłby tego nie usłyszeć. Ale on jest od tego uzależniony i chyba mu pomaga we wspinaniu. Każdego dnia się rozkręcał. Choć jeszcze podczas aklimatyzacji na 7600m zostawał sporo za nami, rozważał korzystanie z tlenu i mieliśmy o to swego rodzaju spór.

Znowu? Obiecywałeś, że ta opowieść dobrze się skończy.

Powiedziałem mu, że jeśli ja miałbym używać tlenu poniżej 7800m to w ogóle nie idę na szczyt. Wkurzyłem się, ponieważ wydaje mi się, że dzisiaj młodzi trochę wygodniej podchodzą do życia. Wojtek przemyślał sprawę i też zrezygnował z tlenu. Korzystał z niego dopiero od kolejnego obozu. Dał radę, a jak już miał tlen to po prostu frunął. W dniu ostatecznego ataku, na wysokości 8300 m, zostawałem za nim, ledwo go doganiałem. Mniej więcej w 6 godzin doszliśmy na szczyt, więc to dobry wynik.

A miałeś okazję poznać Jerzego Kukuczkę?

Nie miałem, dlatego trudno mi porównywać do niego Wojtka. Myślę, że te problemy z aklimatyzacją mogą być genetyczne. Wydaje się, że Wojtek jest tak samo zawzięty jak ojciec i potrafi się zmotywować. Koniec końców okazał się bardzo twardy.

Z kolei bohaterką Twojego ostatniego filmu o wyprawie na K2, nad którym pracowałeś ponad rok, jest austriacka wspinaczka Gerline Kaltenbrunner. Jak doszło do Waszego spotkania?

Gerlinde i jej męża Ralfa Dujmovitsa poznałem rok wcześniej, również pod K2, tyle że od strony południowej, czyli na tzw. normalnej drodze, którą atakuje 90 procent wypraw. Bardzo mi się podobali. Byli bardzo gościnni i towarzyscy, ale przyciągnęli moją uwagę też dlatego, że stanowili taką tylko dwuosobową wyprawę. Widać było, że działają niezależnie, w takim trochę innym stylu. Jeśli było to możliwe nie korzystali z lin poręczowych, a już na pewno nie pomagali sobie jumarami, czyli jak to się potocznie mówi małpami. Poza tym mieli malutki namiocik, który zawsze zwijali. Normalnie zostawia się namioty w miejscach obozów, a oni zawsze swój zwijali i wiele rzeczy wnosili i znosili ze sobą. Byli na tyle mobilni i tak „na lekko” wychodzili, że w każdej chwili mogli działać niezależnie. Wiadomo, że na takiej górze się współpracuje, ponieważ każdy idzie tą samą drogą i wspólnie rozwiesza się liny, toruje. Ale wciąż postrzegałem Gerlinde i Ralfa właśnie przez pryzmat ich niezależności. Po pewnym czasie ja i moja partnerka Tamara odłączyliśmy się od grupy polskiej i przesunęliśmy do międzynarodowej i przy okazji mieliśmy wspólne wyjścia z Ralfem i Gerlinde. Zobaczyłem z bliska, jak działają.

Niedługo potem miałeś pośpieszyć Gerlinde na pomoc.

To było podczas nieszczęśliwego ataku szczytowego. Było nas osiem osób, ale ostatecznie wysoko znalazły się tylko dwie osoby: Gerline i Szwed, Fredrick Ericsson. Ralf się wycofał wcześniej, w drodze do ostatniego obozu. Sytuacja trochę jak w moim filmie. Stwierdził, że ma dzieci i nie chce ryzykować, zwłaszcza, że spadały kamienie, a on był już wcześniej na K2. Gerlinde została sama i wspinała się wyżej z Ericssonem. Pogoda była bardzo niesprzyjająca wbrew super prognozom.Na wysokości 8300m nastąpił wypadek. Fredrick odpadł od ściany. Gerlinde dokładnie tego nie widziała, ponieważ była straszna mgła, ale wyglądało na to, że spadł w przepaść i po tak długim locie na pewno zginął. Ja i Tamara siedzieliśmy w tym czasie w obozie na ramieniu K2 i dopiero rano włączyliśmy radio i dowiedzieliśmy się z bazy od Ralfa, co się stało. Powiedział, że Gerlinde jest w szoku i nie wie, czy da radę zejść, bo kiepska widoczność i żeby jej ewentualnie pomóc. Zebrałem się najszybciej i poszedłem do góry. Szedłem po ich śladach i spotkaliśmy się już po pół godziny. To był bardzo mocny moment i dla mnie i dla niej. Wszyscy żyliśmy tą straszną informacją. To było niewyobrażalne.

Dlaczego?

Ponieważ Fredrick był świetnym wspinaczem. Planował zjechać na nartach z K2 jako pierwszy człowiek w historii. Był ciepłym, fajnym gościem, którego wszyscy lubiliśmy, a Gerlinde musiała tę śmierć przeżyć podwójnie, ponieważ była prawie że jej świadkiem. Jak ją spotkałem, opadliśmy oboje na śnieg. To był bardzo emocjonalny moment. Po tym wypadku, tego samego dnia Gerlinde zeszła do bazy i zakończyła wyprawę. Wyglądało na to, że nie wróci pod K2.

Ale w 2011 roku wróciła i z tej kolejnej wyprawy pochodzą materiały do filmu „Two on K2”.

Bardzo późno, bo na przełomie kwietnia i maja 2011 roku dostałem maila z zapytaniem, czy nie przyłączyłbym się do wyprawy Gerlinde i Ralfa i nawet mają dla mnie sponsora. Wiedzieli, że dużo filmuje. Nawet przesłałem im kilka minut materiału z poprzedniej wyprawy, bo akurat miałem fajne ujęcia, gdy się wspinali. I dlatego zaproponowali mi wyjazd na północną ścianę K2. To było na 1,5 miesiąca przed planowaną wyprawą, a wcześniej miałem jeszcze wspominany już wyjazd z Wojtkiem Kukuczką, ale udało się wszystko pogodzić i pojechałem z nimi na K2.

Sam przy okazji zdobywając szczyt, co odbiło się dużym echem w Polsce.

Co tu dużo mówić darek-k2– to była wyprawa mojego życia. Było świetnie. Oni potrafili stworzyć atmosferę zespołową, a był to bardzo mocny skład, w ramach którego mieliśmy też dwóch kazachskich wspinaczy: Maxuta Zumajewa i Wasilija Piwcowa – to są takie rosyjskie dusze, z którymi zawsze można się dogadać, byli bardzo partnerscy, zespołowi. Podczas tej wyprawy miałem poczucie, że jestem we właściwym miejscu i momencie, po prostu czułem się z nimi szczęśliwy. A na pewno nie na każdej wyprawie coś takiego mi się przydarzało. Jednocześnie to była bardzo ciężka wyprawa, ponieważ nie mieliśmy żadnego wsparcia Szerpów i sami poręczowaliśmy 4 km lin, ale to dawało podwójną satysfakcję. Nasza siódemka to były jedyne osoby na tej ścianie wtedy. W promieniu niemalże stu kilometrów nikogo nie było. Żaden helikopter by tam nie doleciał. Człowiek jest zupełnie odcięty od świata, zdany tylko na siebie i może to potęguje te wszystkie emocje i przeżycia. A więzi górskie są jeszcze silniejsze.

Czyli tytułowa dwójka na K2 to Gerlinde i Ralf?

Tak, oczywiście. Oni są bohaterami. Starałem się nie tyle zrobić prostą relację z wyprawy, ale pokazać, jak to jest, gdy wspina się z osobą, którą się kocha, co wcale nie jest takie proste. Człowiek się bardzo boi wtedy o partnera. W tym wypadku nastąpiło rozdzielenie, Ralf się wycofał i obserwował atak szczytowy z bazy. To sytuacja rzadka, ale też bardzo dla mnie ciekawa. Podobne rzeczy przeżywałem, kiedy na zimowej wyprawie Tamara była w górze, a ja musiałem się wycofać, ponieważ osłabłem. Założyłem, że na potrzeby „Two on K2” nie będę nic dogrywał.Wszystkie materiały zarejestrowałem tam na wyprawie. Teraz myślę, że może za mało mam rozmów, za mało pogłębiłem temat, ale na pewno pokazałem kawałek ich życia… górskiego.

Trzeba dodać, że dla Gerlinde to był ostatni ośmiotysięcznik do Korony Himalajów i Karakorum, to musiały być niesamowite emocje.

To było niesamowite. Gerlinde została drugą kobietą, która skompletowała Koronę, a jednocześnie pierwszą, która zrobiła to bez tlenu. Ale w tej samej sytuacji było dwóch Kazachów, a dla jednego to była już ósma próba na K2. Determinacja w dążeniu na szczyt była więc ogromna. Inaczej nie mielibyśmy tam szans, ponieważ na K2 wszyscy muszą dać z siebie wszystko.

Mówisz, że to wyprawa marzenie, to może właśnie wyprawy międzynarodowe mają większe szanse niż wyprawy narodowe?

Dla mnie coraz ważniejsze na wyprawie jest to, żebym coś na niej nakręcił. Zaczyna mnie to fascynować bardziej niż samo wejście na szczyt. Szczególnie dotkliwie odczułem to na Dhaulagiri – gdy nie mam celu filmowego czegoś zaczyna mi brakować. W tym sensie wyprawy międzynarodowe są ciekawe, ponieważ można na nich znaleźć interesujący filmowo temat. W Polsce poza himalaizmem zimowym nic wielkiego, jeśli mówimy o górach najwyższych, ostatnio się nie dzieje. Już nie ma takiej aktywności jak 20-30 lat temu. Zresztą już podczas zimowej wyprawy na GI byliśmy z Tamarą członkami wyprawy międzynarodowej, a nie polskiej, która odniosła sukces. Z naszej wyprawy nie wróciło trzech kolegów. Ale nie zrobiłem wtedy własnego filmu, ponieważ realizowałem zlecenie dla telewizji austriackiej.

Jak dawałeś radę z kamerą na takiej górze jak K2?

Głównie filmuję z tyłu (śmiech). W niższych partiach byłem jeszcze na tyle mocny, że wspinanie i filmowanie to były sprawy równorzędne. Były takie odcinki, że śnieg był po pas, więc zmienialiśmy się przy torowaniu. Odpoczywając mogłem filmować z góry całą resztę, ale powyżej obozu III, a zwłaszcza w ataku szczytowym, już prawie wcale nie wychodziłem na prowadzenie, ponieważ oni – zwłaszcza Kazachowie – byli młodsi, silniejsi, działali jak maszyny i widać, że to zawodowcy, sportowcy. Gerlinde też mówi o sobie, że jest sportowcem. Żyje ze wspinania i może temu poświęcać cały swój czas. Porównywać mi się z nimi trudno, więc i materiał zdjęciowy miałem trochę ograniczony, ale co mogłem to robiłem. Wchodziliśmy od północy, czyli drogą trudniejszą, są sezony, że nie ma na niej wypraw.

K2 od zawsze było marzeniem Anny Czerwińskiej, etatowej bohaterki Twoich filmów.

Z Anią łączą nas długie lata wspólnych wypraw. Po raz pierwszy byliśmy razem w 2001 roku na Lhotse i to nas górsko połączyło na zawsze. Potem były dwie próby na K2: 2005 i 2010 roku. Ania była w zasadzie inicjatorką obu tych wypraw. Jak wiadomo ma z K2 liczne, dawne porachunki i była na tej górze już całkiem wysoko. Muszę przyznać, że w 2005 roku – o tej wyprawie jest mój film „Wszystko prawie o wyprawie” – jako jedyni z licznej grupy byliśmy dwa razy prawie na 8 tysiącach. To jeszcze daleko do szczytu, ale wykazaliśmy się dużą odpornością fizyczną i psychiczną. Ania już sobie odpuściła chyba wchodzenie na szczyt, ale bardzo by chciała pojechać na trekking od północy właśnie. Może to moje wejście ją zainspirowało.

Jak Wam się razem pracowało? Wydaje się być przeciwieństwami Ania Czerwińska to wulkan energii i gaduła, a Ty wydajesz się raczej wycofany, skryty…

Ania, na co dzień, wcale nie jest aż taka wylewna. Potrafi być sama ze sobą. Wbrew pozorom aż tak się chyba nie różnimy charakterami, a na pewno sporo nas łączy. Na Lhotse działaliśmy tak, że ponieważ Ania chodziła wolniej, więc dawaliśmy sobie sporą niezależność. Zresztą chyba zawsze tak było, że Ania nie była ścigantem, była przede wszystkim mocna. Wychodziłem dzień później i spotykaliśmy się w obozie II. Działaliśmy razem, ale nie siedzieliśmy sobie ciągle na głowie, każde miało swoją strefę prywatności. Obojgu nam to pasowało. I nie dlatego, że nie lubiliśmy ze sobą przebywać. Po prostu taka samotność w górach od czasu do czasu nam pasuje. Na K2 było już troszeczkę inaczej. Pomagaliśmy sobie więcej. Ja zwykle pomagałem jej na większych wysokościach, ale Ania np. dzielnie mnie wyratowała, gdy wpadłem do jeziorka lodowcowego tak, że tylko kamerę miałem nad głową. Przeżyliśmy różne sytuacje, również ciężkie. Gdy schodziliśmy podczas złej pogody, Ani zepsuł się suwak od kurtki i tak ją wychłodziło, że później długo do siebie dochodziła w namiocie. To są górskie sytuacje, na które czasem nic nie można poradzić, trzeba je przetrwać.

O kim albo o czym chciałbyś jeszcze coś nakręcić?

To trudne pytanie. Chciałbym kiedyś pokazać prawdę o wyprawach zimowych, ale boję się, że już nie jestem w stanie – coraz mniej jestem odporny na zimno. Zimowe przygody już mnie nadwątliły, mam zadawnione odmrożenia i mniejszą tolerancję. Zima jest trudna do pokazania. Nie tak dawno temu pojawił się amerykański film „Cold” z pierwszego zimowego wejścia na Gaszerbrum II Simone Moro, Denisa Urubko i Cory Richardsa. To w zasadzie jedyny film, który przybliża trochę zimowe warunki, ale nie dziwię się, ponieważ takie filmy się bardzo trudno kręci.

A zimowe K2 nie byłoby pokusą?

Tak, w końcu w 2003 roku byłem zimą na K2 i wiem, jak to może wyglądać (śmiech) – dosyć strasznie. Poza tym nie musi to być od razu K2, jest jeszcze Nanga Parbat, która jest bez porównania łatwiejsza. Oczywiście na zimowej wyprawie nie musiałbym wejść nie wiadomo jak wysoko, ale jak już się jedzie, to człowiek chce być jak najwyżej. Ten zimowy GI mnie rozczarował jeśli chodzi o to, jak radziłem sobie z zimnem.

A osoba?

Od dawna chodzi mi po głowie, żeby dopowiedzieć temat pani Ani. Jej postać jest ciekawa z wielu powodów. W pewnym wieku himalaista może się trochę zagubić – nie wiem, czy to właściwe słowo – ale Ania żyła głównie górską pasją i w pewnym momencie na pewno uświadomiła sobie, że już dużo więcej w nich nie zrobi. Na szczęście znalazła sobie inne zainteresowania, ma mnóstwo przyjaciół i znajomych. Ale istnieje dla wspinaczy taki trudny moment, kiedy muszą się skonfrontować z tym, że nie są młodzi i nie wiadomo czego już w górach nie zrobią. Ja też przez to przechodzę, dlatego filmowa opowieść o Ani Czerwińskiej czy Piotrze Pustelniku wydaje mi się fascynująca. O takim temacie myślę od czasu filmu „Annapurna na lekko”, w którym występuje Piotrek. Film kończy się sceną w helikopterze. Lecimy, jest pokazana jego twarz i z offu leci tekst: „To było niesprawiedliwe, że tyle z siebie daliśmy, a góra nas nie wpuściła”. Nie pamiętam dokładnie, co on mówi, ale strasznie mi się ten moment spodobał. Jak się jest młodym to się mówi, że jak nie za dwa lata, to za trzy. A z niego biła taka gorycz, że to już tak nie jest, że w tym wieku myśli się już inaczej. Że smutno, gdy się nie udało, a przecież zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Bardzo filozoficzny moment.

Przez dobór tematów sporo mówisz o sobie.

Tak. Ten temat starzenia się w górach wcale nie jest taki przyjemny i niełatwo sobie z nim poradzić, zwłaszcza, gdy wcześniej się odnosiło sukcesy i było się przyzwyczajonym do podnoszenia poprzeczki. Dlatego K2 było dla mnie tak ważne. Poczułem się spełniony. Dokonałem wszystkiego, co mogłem. Teraz resztę mogę robić dla czystej przyjemności.

To życzę Ci jak największej satysfakcji z dalszych wypraw i celów jeśli nie sportowych to filmowych.

Właśnie, trzeba czerpać satysfakcję. Po Dhaulagiri wiem, że muszę trochę zmienić podejście. Na pewno jeszcze kiedyś spróbuję.

Rozmawiała: Jagoda Mytych


Tagi: , , , ,

Dołącz do dyskusji!

  1. Dorotka W. pisze:

    Świetny wywiad! Myślę, że p. Darek Załuski to jeden z najsympatyczniejszych polskich himalaistów 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

UWAGA! Jeśli chcesz odpowiedzieć na wybrany komentarz kliknij przycisk "Odpowiedz" znajdujący się bezpośrednio pod tym komentarzem.

Komentarz

Możesz użyć następujących tagów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>